Jest 1 stycznia. Świat budzi się do życia powoli i ostrożnie, przyciężki od sylwestrowej nocy. Media społecznościowe przepełnione są noworocznymi postanowieniami, a w powietrzu wisi atmosfera nowego otwarcia i świeżego startu. Zupełnie jakby zmiana kartki w kalendarzu mogła magicznie odmienić nasze życie. Dla jednych to dzień triumfu – okres Świąt i świętowania Sylwestra spędzili w abstynencji, co jeszcze zupełnie niedawno wydawało się odrealnione i niemożliwe do zrealizowania. Dla innych to chwila refleksji; być może pierwszy od lat noworoczny poranek bez konieczności zmagania się ze skutkami minionej nocy, a może ostatni przed podjęciem decyzji o zmianie. Niezależnie od tego, z którą grupą się identyfikujesz liczy się tylko jedno: jesteś tu dzisiaj, czytasz te słowa, masz świadomość niebezpieczeństwa niezależnie od tego w którym momencie procesu aktualnie jesteś.
Postanowienia noworoczne to dziwny fenomen. Z jednej strony dają nam psychologiczny impuls do zmiany, pewien symboliczny punkt odniesienia, dzień zerowy, od którego można liczyć nowe życie. Z drugiej – są również pułapką; stwarzają iluzję, że zmiana wymaga zaledwie odpowiedniej daty w kalendarzu, właściwego nastawienia czy sprzyjającego momentu. Statystyki są bezlitosne: większość postanowień noworocznych nie przeżywa lutego. Ba! Największy odsetek porażek przypada już na pierwsze dni stycznia! Dlaczego? Bo opierają się na entuzjazmie, nie na zrozumieniu mechanizmów naszego zachowania. Bo zakładają wielką rewolucję, a nie małe, codzienne wybory. Bo ignorują to, że zmiana to proces, nie wydarzenie.
Jeśli jesteś osobą, która przeszła przez ostatnie tygodnie w abstynencji, gratuluję. Z serca. Święta Bożego Narodzenia i Sylwester to prawdopodobnie najtrudniejsze dni w roku dla kogoś, kto podjął decyzję o przebudowie własnego życia. Presja społeczna, tradycje rodzinne, toasty o północy, kultowe słowa „ze mną się nie napijesz?” – wszystko to składa się na ekstremalny test Twojej decyzji. Przeszedłeś przez to. Masz dowód, że potrafisz. Teraz warto jedynie zadbać, żeby kolejne postanowienia noworoczne nie stały się pułapką innego rodzaju. Kiełkuje pokusa, żeby teraz, skoro już jestem abstynentem, zmienić wszystko inne jednocześnie – na warsztat wędruje dieta, siłownia, nowa praca, naprawa wszystkich relacji, oszczędzanie pieniędzy, uczenie się języków… To zrozumiałe. Po miesiącach walki z uzależnieniem czujesz energię, widzisz możliwości, chcesz nadrobić stracony czas. Bądź jednak rozważny. Abstynencja to nie sprint tylko maraton. W dodatku maraton bez mety. Fundamentem jest trwanie. Reszta może poczekać, a jeśli nie może, lepiej niech wchodzi do Twojego życia powoli, bez rewolucji. Nie dlatego, że nie jesteś w stanie więcej, ale dlatego, że Twój mózg potrzebuje czasu, żeby się przebudować, a Ty potrzebujesz czasu, żeby nauczyć się żyć w abstynencji bez dodatkowej presji perfekcji.
Jeśli jesteś osobą, która dopiero rozważa zmianę, która obudziła się dziś rano i pomyślała „może jednak czas coś z tym zrobić”, witaj! Nie ma lepszego dnia na tę myśl niż właśnie dzisiaj, ale nie dlatego, że to 1 stycznia – tylko dlatego, że to… dzisiaj! Może przez ostatnie miesiące, a może lata, widziałeś konsekwencje swojego picia? Może zdrowie zaczęło odmawiać posłuszeństwa, może rodzina przestała wierzyć w Twoje obietnice, może praca wisi na włosku, a może po prostu obudziłeś się któregoś dnia i pomyślałeś: to nie jest życie, które chcę mieć? Niezależnie od przyczyny jesteś tu. A to jest bardzo dobre miejsce, żeby rozpocząć. Nie idealne, nie komfortowe, ale dobre. Pytanie brzmi: co dalej? Jakie postanowienie ma sens, a jakie jest tylko kolejną obietnicą bez pokrycia, która wkomponuje się w statystyki, wywoła wstyd, ból i utwierdzi Cię w przekonaniu, że nie warto próbować?
Gabor Maté, kanadyjski lekarz i terapeuta uzależnień, powiedział kiedyś coś, co diametralnie zmieniło perspektywę wielu osób zmagających się z uzależnieniami: „Pytanie nigdy nie brzmi 'dlaczego uzależnienie?’, ale 'dlaczego ból?'”. To fundamentalna zmiana postrzegania problemu. Każda substancja psychoaktywna to nie tyle problem, co rozwiązanie problemu, które gdzieś po drodze stało się nowym problemem. Pijesz nie dlatego, że jesteś słaby, zły, moralnie upadły czy pozbawiony woli. Pijesz, bo kiedyś alkohol dał Ci coś, czego potrzebowałeś – ulgę, ucieczkę, odwagę, spokój, zapomnienie. I teraz, choć nie działa już tak jak kiedyś, gdy przynosi więcej bólu niż ulgi, Twój mózg wciąż pamięta tamto pierwsze rozwiązanie i sięga po nie automatycznie. Zrozumienie tego nie zwalnia Cię z odpowiedzialności za zmianę, ale daje Ci coś cenniejszego – współczucie dla siebie. A bez współczucia dla siebie zmiana jest niemal niemożliwa.
Dlatego postanowienie noworoczne „przestanę pić” jest jednocześnie najlepsze i najgorsze, jakie możesz podjąć. Najlepsze, bo dotyka sedna sprawy, bo nie ucieka w kompensacyjne cele typu „schudnę” czy „zacznę biegać”, tylko wprost mówi: problem jest właśnie tu, a ja chcę zmiany. Najgorsze, bo brzmi jak nakaz, jak kara czy ograniczenie. „Przestanę” – jakby to była strata, jakby odbierano Ci coś cennego. A przecież chodzi o coś odwrotnego. Chodzi o to, żeby zacząć. Zacząć żyć bez znieczulenia, pamiętać wieczory, budować relacje, które nie są oparte na wspólnym piciu. Zacząć odkrywać, kim jesteś naprawdę i być szczęśliwym. To nie utrata lecz odzyskanie.
Więc jeśli masz podjąć postanowienie noworoczne związane z abstynencją, niech zabrzmi inaczej. Nie czego zaprzestanę tylko czego chcę. Nie „muszę rzucić”, ale „wybieram życie bez substancji”. Może to brzmieć jak semantyczna gra, ale słowa mają znaczenie. Kształtują Twoją wewnętrzną narrację, a ta wewnętrzna narracja kształtuje Twoje działania. Jeśli postrzegasz abstynencję jako karę, walkę, wyrzeczenie – będziesz jej unikał. Jeśli postrzegasz ją jako wybór, wolność, szansę – będziesz do niej dążył.
Warto jedynie pamiętać, że decyzja to warunek konieczny, ale może być nie wystarczający. Potrzebujesz wsparcia – terapii, grupy, ludzi, zrozumienia. Potrzebujesz czasu – mózg potrzebuje miesięcy, żeby się przebudować po latach funkcjonowania pod wpływem substancji. Potrzebujesz wreszcie także ogromu cierpliwości – będą trudne dni, będą pokusy i momenty zwątpienia. I potrzebujesz konkretnego planu, bo bez niego samo postanowienie to zaledwie życzenie.
Pierwszy dzień roku to dobry dzień na zmianę. Ale jutro też będzie dobry. I pojutrze. Każdy dzień to nowy 1 stycznia, jeśli tego potrzebujesz. Data w kalendarzu nie ma magicznej mocy, ale Twoja decyzja ma. Niezależnie od tego, czy podejmujesz ją po raz pierwszy, czy po raz setny. Liczy się to, że ją podejmujesz. I że nie jesteś w tym sam. A my jesteśmy tu. Przez cały rok. W każdy dzień, który będzie trudny. Zadzwoń, napisz, przyjedź. Zmiana jest możliwa. Nie łatwa, nie szybka, ale możliwa. I warta każdego trudnego dnia.