Media społecznościowe kochają historie transformacji. Osoby, które rzuciły picie i nagle zaczęły biegać maratony, założyły własne firmy, naprawiły wszystkie relacje, nauczyły się trzech języków obcych i wyglądają jakby odmłodniały o dekadę. Błyszczące oczy, promienne uśmiechy, kadr życia ułożonego idealnie. „Rzuciłem picie i wszystko się zmieniło!” – krzyczą nagłówki. I siedzisz wtedy w swoim mieszkaniu, w piątą niedzielę trzeźwości, patrzysz na zlew pełen brudnych naczyń, na listę rzeczy do zrobienia, która wciąż nie została zrobiona, i myślisz sobie: a gdzie jest moja wielka przemiana? Gdzie te supermoce? Dlaczego moje życie wciąż wygląda tak… zwyczajnie?
Witaj w świecie nudnej trzeźwości! Na dobry początek przyjmij do wiadomości, że wbrew temu co być może czujesz, to może być najlepsze miejsce, w którym możesz się znaleźć.
Kultura współczesna sprzedaje nam mit nieustającej ekstazy życiowej. Każdy dzień ma być przygodą a każda zmiana ma prowadzić do spektakularnych rezultatów. Tylko najlepsze jest wystarczająco dobre. Abstynencja wpisała się w tę narrację idealnie. „Zostaw alkohol, a Twoje życie stanie się niesamowite!”, takie słowa wybrzmiewają nieco zbyt często, prawda? Problem w tym, że dla większości osób życie po odstawieniu alkoholu nie staje się filmem akcji. Staje się po prostu… życiem. Ze zmywaniem naczyń, płaceniem rachunków, zwykłymi rozmowami, nudnymi poniedziałkami i brzydką pogodą za oknem. Ale spójrzmy na te drobiazgi codzienności inaczej. To właśnie jest nasze największe zwycięstwo. Doświadczamy świadomie każdego dnia.
Jeśli jesteś osobą, która od miesięcy lub lat trwa w abstynencji i czujesz rozczarowanie, że nie stałeś się superbohaterem, witaj w moim świecie! Naprawdę potrzebowałem sporo czasu, żeby przekonać samego siebie, że nie ma w tym nic złego. Nie zawodzisz, nie marnujesz swojej szansy, nie robisz niczego źle. Po prostu miejsce, o którym nikt głośno nie mówi to normalność. A normalność, choć brzmi niezbyt pociągająco, to skarb, który przez lata nie był naszym udziałem. Lata życia w uzależnieniu to przecież nie jest życie w normalności – to ciągła huśtawka emocjonalna, dramaty, stany ekstremalne. Picie to stała sinusoida: ekstaza i rozpacz, euforia i piekący wstyd, obietnice i porażki. Gdy odstawiasz alkohol, mózg potrzebuje czasu, żeby przestawić się z trybu „nieustanna burza” na tryb „po prostu jestem”. I ta nudna trzeźwość to dowód, że w końcu się udało. Że już nie żyjesz w stanie permanentnego kryzysu.
Paradoks polega na tym, że społeczeństwo celebruje dramę, a lekceważy codzienność. Nikt nie gratuluje Ci, porannego wstawania, jazdy do pracy, zrobienia zakupów , przygotowania kolacji i pójścia spać – ani razu nie sięgając po alkohol. To brzmi jak coś oczywistego, prawda? Ale dla kogoś, kto jeszcze rok temu nie wyobrażał sobie życia bez substancji, to jest cud. Tyle że cud cichy, nieuchwytny, nieinstagramowy. Największy triumf to po prostu trwanie – dzień po dniu, tydzień po tygodniu, bez fajerwerków, bez aplauzu, bez nagród. Po prostu jesteś. W abstynencji i szczęściu. I to w zupełności wystarczy.
Presja na to, żeby trzeźwość była ekscytująca, pochodzi z kilku źródeł. Żyjemy w czasach kultury sukcesu, która mówi, że jeśli coś robimy, musimy to robić spektakularnie. Nie można ot tak sobie być trzeźwym – należy być trzeźwym i biegać ultramaratony. Nie możesz przestać pić – musisz przestać pić i założyć startup. Ta narracja jest wyczerpująca i niebezpieczna, bo stawia poprzeczkę tak wysoko, że niewypełnienie jej prowadzi do poczucia porażki. A poczucie porażki w trzeźwości to prosta droga do nawrotu. Zresztą presja pochodzi z samej natury uzależnienia – alkohol dawał intensywność, dramatyzm, wyrazistość emocji. Gdy go odstawiasz, życie może wydawać się płaskie w porównaniu do wspomnień. Mózg tęskni za ekstremami, bo przez lata był do nich przyzwyczajony. Szybko pojawia się pokusa, żeby zapełnić pustkę czymś równie intensywnym – sportem ekstremalnym, pracoholizmem, nowymi uzależnieniami. Albo powrotem do starego.
Ale co, jeśli nie musisz zapełniać tej pustki? Co, jeśli pustka to w rzeczywistości przestrzeń? Przestrzeń, w której możesz po prostu być. Bez ciągłej gonitwy, bez udowadniania, bez osiągnięć. Miejsce, w którym wystarczy, że po prostu trwasz. Że jesteś. Że żyjesz każdego dnia (nudnego i powtarzalnego – tak, tak) bez potrzeby ucieczki, znieczulenia czy dramatyzowania. To nie brzmi jak materiał na inspirujący film albo książkę, ale to może być najbardziej autentyczne życie, jakie kiedykolwiek dane nam było przeżywać.
Dla osób, które czytają te słowa i zastanawiają się, czy warto w ogóle próbować, skoro życie w trzeźwości brzmi tak… nijako, mam jedną informację: brzmi nijako, bo jest prawdziwe. Wszystkie te historie o spektakularnych przemianach są prawdziwe dla tych ludzi, którzy je przeżyli. Ale to nie jest norma. Norma to zwykłe życie. I w zwykłym życiu jest coś, czego alkohol nigdy Ci nie da – autentyczność. Prawdziwe relacje, prawdziwe emocje, prawdziwa obecność. Nawet jeśli te rzeczy nie wyglądają efektownie na zdjęciach. To znak, że nie potrzebujesz już ekstremalnych stanów, żeby czuć, że żyjesz. To dowód, że Twój mózg wrócił do normalności.
Jesteś w tym miejscu nie dlatego, że coś nie wyszło. Jesteś w tym miejscu, bo udało Ci się dotrzeć do punktu, w którym życie przestało być dramatem. I to jest osiągnięcie warte celebrowania – nawet jeśli nikt Ci nie gratuluje, nawet jeśli nie pasuje do inspirujących postów. Zadzwoń, napisz, przyjedź – jeśli potrzebujesz potwierdzenia, że to, co robisz, ma sens. Możemy Ci przypomnieć, że ma. Że Twoja zwyczajność to Twoje zwycięstwo. I że jesteśmy tu, żeby wspierać Cię w tej codziennej, niegłośnej, ale jakże ważnej drodze.